P O D S U M O W A N I E   R O K U   2012


Odchodząc od wigilijnego stołu, nie spodziewałam się, że z kimś przywitam ten Nowy 2012 Rok. W ostatniej chwili dowiedziałam się, że grupka studentów zaprzyjaźnionego duszpasterstwa akademickiego "MACIEJÓWKA" organizuje Sylwestra. Niewiele myśląc, wpisałam się na listę i ładnie ubrana dotarłam z kolegą na miejsce. Aby sobie potańczyć, wzięłam wózek akumulatorowy. Przed Mszą świętą o północy złożyłam Mamie oraz Agnieszce z Marcinem życzenia .

Styczeń przywitał nas nietypową odwilżą. Na termometrze było plus 10 stopni, a drzewa i krzewy wypuściły pąki. Ze względu na święto Trzech Króli ( - 06 stycznia - dzień wolny od pracy. Przez Polskę przeszły kolorowe orszaki ) do dzieci z neurologii w szpitalu im. Marciniaka przy ulicy Traugutta we Wrocławiu dotarłam dnia - 04 stycznia. I w ten sposób zaczęłam swoją tegoroczną służbę na oddziale. Dzielnemu "PAJACYKOWI" towarzyszyła wtedy Monika ze swoją siostrą Martą.

W życiu codziennym przeszkadzał mi ruszający się ząb. Tak się kiwał i kiwał oraz bolał przy myciu, a że strach ma wielkie oczy, to nic z tym nie robiłam. Tak się jednak złożyło, że Ojciec Jędrka, który od czasu do czasu brał mnie na spacery, był dentystą i miał gabinet przy ulicy Długiej. I tak, nie pytając tchórza o zgodę, dnia - 05 stycznia - wsadzili mnie do samochodu i pojechałam bez Mamy wyrwać ząb. Pamiętam jak dziś, że cała sztywna ze strachu prosiłam miłą lekarkę o znieczulenie. Śmiała się ze mnie, bo zanim wypowiedziałam swoją prośbę - ząb już był w szczypcach i wcale nie bolało.

Dwa dni potem - 07 stycznia - jako bohaterka, korzystając z pięknej pogody, pojechałam z Marcinem i Agnieszką na spacer do Hali Ludowej. Przy rachitycznej choince dowiedziałam się, że są parą. Ucieszyłam się z tego, gdyż Bóg wysłuchał mojej modlitwy. Siłą rzeczy w tej nowej sytuacji nasze wzajemne relacje uległy rozluźnieniu. Starałam się Im nie narzucać swoją osobą i brać to, co mi dadzą.

A życie płynęło dalej. Dnia - 08 stycznia - na wrocławskim Rynku odbył się XX Finał WOŚP. W drodze na Mszę do "MACIEJÓWKI" wrzuciłam coś do puszki. W zamian za to dostałam serduszka, które poprzyczepiałyśmy z Mamą do maskotek dla dzieci. Na drugi dzień rano poszłam z Jankiem Krasą do "VITY" porobić badania (zdjęcie płuc i krew). Przy nietypowej, ciepłej pogodzie styczniowej, towarzyszył mi On w czasie czwartkowych wypraw do dzieci. Oprócz tego zaczęłam ćwiczyć z Darkiem od - 13 stycznia - tuż przed feriami zimowymi w naszym województwie. Marcin z Agnieszką wyjechali na narty do Dusznik- Zdroju, a ja - 24 stycznia - zrobiłam usg piersi u Beaty i pojechałam do kolejnej kontroli onkologicznej przy ulicy Kamieńskiego. Nie wyszło nic niepokojącego, więc można żyć dalej. Po trzech dniach, czyli - 27 stycznia - zima rozszalała się na dobre. Przyszły siarczyste, dwucyfrowe mrozy. Przy braku śniegu było to trochę uciążliwe. Na drugi dzień odbyłam poważną, telefoniczną rozmowę z Marcinem. Nie spodobało mi się Ich zachowanie z Agnieszką. Przez cały tydzień swojej nieobecności we Wrocławiu nawet do mnie nie zadzwonili. Było mi po prostu przykro, bo myślałam, że jesteśmy przyjaciółmi.

Mimo to dałam Im jeszcze jedną szansę, a nadarzyła się ona w Dniu Chorego - 11 lutego - kiedy to minęła pierwsza rocznica naszej znajomości. Mogliśmy to uczcić na balu karnawałowym organizowanym w Auli PWT. Nie wiem, jak ja tam dojechałam przy minus piętnastu stopniach mrozu na swoim wózku akumulatorowym. Bałam się, że wózek zatrzyma mi się po drodze, ale nic takiego się nie stało, a zabawa była super i trwała do białego rana.

14 lutego - w same Walentynki - zaczęłam załatwiać sobie nowe buty ortopedyczne, gdyż stare mi się rozleciały. Jak to u nas bywa - wszędzie potrzebne są papierki. Skierowanie od lekarza pierwszego kontaktu do ortopedy jakoś zdobyliśmy. W międzyczasie -17 lutego - za oknem zrobiła się odwilż i powstało zagrożenie powodziowe. Aura zaszalała, bazie rozwinęły mi się we flakonie, a ja dnia - 19 lutego - odbyłam poważną rozmowę z Teodorem z "MACIEJÓWKI". Przestałam tam chodzić. Nigdy nie potrafiłam się bronić i dlatego też - 26 lutego - z pomocą przyjechał ksiądz Grzegorz z Michalic.

Następnego dnia - 27 lutego- pojechaliśmy z Marcinem ze skierowaniem do znajomego ortopedy przy ulicy Wiśniowej, potem do NFZ przy ulicy Dawida i do szewca przy ulicy Kościuszki, który zdjął mi miarę na nowe buty. Nie zapomnę tego dnia, bo akurat bolała mnie prawa pięta i przy każdym stąpnięciu odczuwałam ból. Byłam zła na siebie, gdyż nie mogłam pomóc Marcinowi przy wsadzaniu mnie do samochodu. Za dwa tygodnie powinny być gotowe.

04 marca - dzięki Alicji - studentce psychologii - wróciłam do kościoła akademickiego "MACIEJÓWKA", bo doszłam do wniosku, że sobie bez Nich nie poradzę. Pod choinkę dostałam nowy telefon komórkowy, którego nie miał mi kto uruchomić. Dopiero jak stary zupełnie wysiadł, to kolega Wojtek - 06 marca - poświęcił parę godzin na przeniesienie kontaktów z jednego do drugiego. Resztę uzupełniałam sobie sama z biegiem czasu.

Za oknem robiło się coraz cieplej, w moim flakonie pojawiły się nowe gałązki z rozwijającymi się pączkami, a z okazji Dnia Kobiet - 08 marca - dostałam na oddziale piękny prezent z drukarni. I tak oto stałam się autorką swojej, długo wyczekiwanej, książki. Przyznam się szczerze, że początkowo troszeczkę niefortunnie się czułam w nowej sytuacji, ale zaczęłam rozdawać egzemplarze z dedykacją wśród lekarek i znajomych. Byłam przy tym elegancka, bo dzień później - 09 marca - otrzymałam nowe buty ortopedyczne, które trzeba rozchodzić. Miałam ku temu doskonałą okazję, gdyż od -15 marca - termometr wskazywał ponad 15 stopni. Niestety jest takie przysłowie ludowe "w marcu jak w garncu" i pod koniec miesiąca przyszło ochłodzenie. Mimo to (ulewa i zimno) 30 marca wybrałam się z Wojtkiem i Ewą na Akademicką Drogę Krzyżową po wrocławskim rynku. Do domu wróciłam przemoczona i zmarznięta z Agnieszką i Marcinem.

I tak nastała wczesna, zimna Wielkanoc - 08, 09 kwietnia. Drugiego dnia Świąt odwiedził nas ksiądz Grzegorz. Nie uniknęłam więc tradycyjnego Śmigusa - Dyngusa, bo oblał nas solidnie. Za oknem robiło się coraz cieplej i zielono. Niestety już tak w życiu jest, że coś się kończy, a coś zaczyna. Do 19 kwietna na oddział neurologii dziecięcej chodziłam z Jankiem Krasą, ale On dostał inną pracę i musieliśmy się pożegnać. Skomplikowało mi to bardzo życie, gdyż co tydzień musiałam kogoś szukać. Nie chciałam bowiem dopuścić do tego, aby chore dzieciaki straciły "PAJACYKA". Oprócz tego ćwiczyłam raz w tygodniu z Darkiem rehabilitantem, aby mięśnie zupełnie mi nie zesztywniały.

Tak samo jak zużywają się nasze mięśnie, tak samo szybkiej reanimacji potrzebowały obłożone kamieniem od wody rury w łazience. Krótko mówiąc, od 19 kwietnia do końca miesiąca miałyśmy w domu remont z kładzeniem nowych kafelek włącznie. Jednym słowem kurz i bud. Na szczęście pogoda była piękna i mogłam uciekać z domu. W dodatku oparcie mi się popsuło w krześle, ale Piotrek je zespawał.

I tak oto dożyłam do dnia 24 kwietnia, kiedy to minęły cztery lata od mojej amputacji piersi. Łykałam dalej lek "Tamoxifen", piekło mnie w przełyku i od czasu do czasu pobolewało coś z lewej strony w okolicy serca. Nie zawracałam nikomu tym głowy, bo stale coś mi dokuczało, a lekarka onkolog moich skarg już nawet nie słuchała.

Za oknem maj rozszalał się na dobre, pojawiły się pierwsze upały, a ja zaczęłam kombinować jak choć na chwilę wyrwać się z dusznego Wrocławia. I tak oto pojawił się weekend 05 i 06 maja Zadzwonił do mnie Piotrek Krajewski i spytał, czy chcę z Nimi jechać nad zalew do Michalic, gdzie zaprasza nas ksiądz Grzegorz. Wybraliśmy się tam w dwa samochody, gdyż dołączył do nas brat Piotra z żoną i synkiem Kubą. W sobotę pogoda nam dopisała i nawet się trochę opaliłam w czasie pięknej wycieczki po lesie. Niestety w niedzielę rano po nocnej burzy przyszło ochłodzenie i na Mszy świętej trzęsłam się jak galareta, a wszystko udokumentowałam na zdjęciach.

Taka zimna aura utrzymała się do końca miesiąca i trzeba było jakoś żyć. Dnia 12 maja rozgrzałam się trochę w tańcu na weselisku Joli i Krzysia z "MACIEJÓWKI". Bawiliśmy się do białego rana w pobliskim hotelu, a ja szalałam w takt muzyki na wózku akumulatorowym. Trzy dni później - 15 maja - miałyśmy z Mamą gości z Anglii. Przyjechał Tadeusz z Dagmarą i z córeczką Amelką. Ze względu na to, że dawno nie byli u nas we Wrocławiu, bo pochodzą z Lądka, pokazałyśmy Im nasz Rynek, a uwieńczeniem tej wyprawy była smaczna pizza. Dagmara pod koniec października urodzi synka Feliksa. Pogoda się nie poprawiała, a mnie na drugi dzień odwiedziła Karolinka z Wałbrzycha. Miała tu jakiś kurs. Zawsze o nas pamięta, a - 27 maja - przyjechała razem z całą swoją Rodzinką.

Polska natomiast szykowała się do "EURO" - Mistrzostw Europy w Piłce Nożnej. Zabudowali nam cały rynek bramkami, ogromnymi scenami, ekranami i w ten sposób powstała strefa kibica. Dnia - 06 czerwca - zwiedziłam to wszystko z Marcinem i Agnieszką, a wcześniej byliśmy jeszcze na naszym, pięknie wyremontowanym, Dworcu Głównym. Posadzki lśniły do tego stopnia, że bałam się jechać po nich wózkiem.

Inaugurację "EURO" i emocjonujący mecz remisowy Polska - Grecja (1 : 1) poprzedziło święto Bożego Ciaładnia - 07 czerwca. Wzięłam udział w procesji z duszpasterstwem i o dziwo nie lało.

I tak oto zaczęłam się powolutku zbliżać do swojej, okrągłej, 50 - tej rocznicy Urodzin. Wypadła ona w dniu - 19 czerwca - ale już tak zawsze bywa, że świętuję ją parę dni. Zaczęłam od niedzieli - 10 czerwca - kiedy to Rodzina zaprosiła nas z Mamą na wystawny obiad (kaczka z ziemniakami) do ślicznego zamku w Samotworze koło Leśnicy. Piękna okolica nad płynącą nieopodal rzeką Bystrzycą i wystrój sali oszołomiły mnie. Szkoda tylko, że pogoda nie dopisała, bo lało równo. Wspomnienia jednak zostały.

Taka sama, deszczowa, burzowa aura towarzyszyła naszej drużynie piłkarskiej na przegranym (0 : 1) meczu z Czechami rozegranym na wrocławskim stadionie. I tak niestety ze spuszczonymi głowami opuściliśmy Mistrzostwa Europy w Piłce Nożnej.

U mnie nadal trwało świętowanie Urodzin. Tym razem - 19 czerwca - urządziłam z Mamą dla najbliższych przyjaciół prawdziwe przyjęcie w domu. Niezawodna Emila upiekła piękny tort, a jedni goście wchodzili, a drudzy wychodzili. Wśród nich znalazła się Bożenka z Kalisza, Marta, Marcin z Agnieszką i parę innych osób. Dostałam ładne prezenty, kwiaty. Kiedy ostatnie osoby wyszły po godzinie 21.00 poczułam błogie zmęczenie. Dzień później - 20 czerwca - Piotrek i Magda Krajewscy zorganizowali mi grila na Kiełczowie, gdzie zaprosiłam księdza Grzegorza, Pawła z Rodzinką i Agnieszkę Rożek. Ten wspólnie spędzony mile czas zepsuł mi pojawiający się coraz częściej ból lewej ręki i klatki piersiowej w okolicy serca. Jak zwykle nie zwracałam na to uwagi, bo nigdy nie było czasu.
Na drugi dzień - 21 czerwca - przywitaliśmy kalendarzowe lato i zapachniało mi wakacjami. Na oddziale neurologii dziecięcej spotkała "PAJACYKA" miła niespodzianka. Cały personel wraz z Doktor Ujmą złożył mi życzenia, dostałam ciekawą książkę, a dzieci zrobiły piękną laurkę. Łza zakręciła mi się w oku. Powoli zaczęło się ocieplać, a ja - 24 czerwca - zaprosiłam ostatnich gości urodzinowych (Mama, Marcin z Agnieszką i Bogusia z Krzyśkiem) na pizzę do lokalu "PIRAMIDA" koło rynku. Dobre winko rozluźniło bolącą mnie rękę. Za tydzień obdarowałam dzieci zabawkami ostatni raz przed wakacjami.

Od - 25 czerwca do 28 czerwca - zrobiło się chłodno i wiał siny wiatr, a ręka bolała mnie coraz bardziej. Mimo to marzyłam dalej o wakacjach i o krótkim chociażby wyjeździe z Wrocławia. Niestety stało się inaczej. Zaczęłam bowiem kaszleć, nadeszły upały. Mimo złego samopoczucia dnia - 30 czerwca - (zakończenie "EURO") pojechałam jeszcze na 9 - lecie Wspólnoty "ARKA" przy ulicy Jutrosińskiej we Wrocławiu.

Czułam się coraz gorzej, gorączka i nasilający się kaszel - 05 lipca - przygwoździły mnie do domu na tydzień czasu. Po pięciu dniach przyszła lekarka z przychodni i przepisała antybiotyk, który mi nie pomagał. Od -12 lipca - po burzach przyszło ochłodzenie, a ja odbyłam poważną rozmowę z Agnieszką, która szykowała się do tygodniowego wyjazdu w Bieszczady z Marcinem od - 14 do 25 lipca.

I tu nastąpiła chwilowa przerwa w naszej przyjaźni gdyż dnia - 23 lipca - wylądowałam w szpitalu im. Marciniaka przy ulicy Traugutta we Wrocławiu nie jako "PAJACYK", a jako zanosząca się kaszlem pacjentka oddziału toksykologicznego, bo na internie nie było wolnych łóżek. Dnia - 03 sierpnia - przenieśli mnie na kardiologię, bo odkryli stan zapalny osierdzia w sercu i trzeba było zlikwidować złowrogi płyn. Zainteresowanych szczegółami mojego leczenia, które zakończyło się dnia - 18 sierpnia - z zadowalającym skutkiem, odsyłam do tekstu pamiętnika na mojej stronie www.eleos.relgia.net(kliknij Felietony Katarzyny)

Bogatsza wewnętrznie o wiele nowych doświadczeń uczyłam się na nowo życia w domu. Nie było to proste, bo przy każdym, najmniejszym ruchu czułam ból mięśni. Najbardziej dokuczało mi prawe biodro wykręcone przez pielęgniarki w drugą stronę i nie mogłam się swobodnie poruszać. Straciłam też kontakt z Darkiem od gimnastyki, z którym wcześniej ćwiczyłam. Tylko raz odwiedził mnie w szpitalu.

Dnia - 21 sierpnia - wypadła mi kolejna kontrola u onkologa w poradni przy ulicy Kamieńskiego. Przerażona lekarka odstawiła mi leki i kazała pobrać krew na markery. Tego też dnia mój znajomy Irek przyjechał do mnie ze swoim kolegą Waldkiem, który jest rehabilitantem i w ciągu dwóch tygodni postawił mnie na nogi, za co jestem Mu bardzo wdzięczna. Jednym słowem dobrze mi się z Nim współpracuje. Do tego wszystkiego nieugięty Marcin uczył mnie od nowa chodzić po schodach, co po takiej przerwie nie było łatwe. O złym wyniku markerów dowiedziałam się - 03 września - kiedy to zrobiłam USG piersi. Zaczęłam też krążyć między kolejnymi USG serca w Poradni Kardiologicznej w szpitalu przy ulicy Traugutta, gdzie pierwszy raz po wakacjach dnia - 06 września - odwiedziłam swoje dzieciaki z neurologii. Z każdym tygodniem płynu w osierdziu miałam coraz mniej, aż w końcu zupełnie mnie opuścił. Śmieję się, że było mu źle w moim serduszku. Szybko to wykorzystałam i na weekend - 06, 07 października - pojechałam do Rodziców Karolinki w St. Bogaczowicach koło Wałbrzycha. Miałyśmy tam obydwie cudowny czas mimo drobnych perypetii zdrowotnych.

Po powrocie do domu doszłam do wniosku, że za to wszystko, co mnie spotkało, trzeba Bogu podziękować. Najlepszą ku temu okazją była dziesiąta moja pielgrzymka do Grobu św. Jadwigi w Trzebnicy dnia - 13 października. Mówię szczerze, że nie miałam siły telepać się po wyboistych drogach i polach, ale coś było we mnie takiego, co kazało zmierzyć się z trudami tego dnia. W momencie jak zadzwonił Marcin i zaproponował mi swoją pomoc, wiedziałam, że decyzja była słuszna. Tego też dnia skończyłam kontakty z "MACIEJÓWKĄ", bo sprawili mi przykrość.

Dnia - 18 października - miałam kolejne, kontrolne USG serca w znanej mi już Poradni Kardiologicznej. Tym razem pomógł nam Marcin. Bałam się strasznie, ale jak widać Bóg czuwa, bo po płynie ani śladu. Następna kontrola za trzy miesiące. Szczęśliwa i radosna z tą wiadomością poszłam na oddział do dzieci z zabawkami. Dwa dni później - 21 października - korzystając z ładnej, słonecznej pogody, uruchomiłam po długiej przerwie swój wózek akumulatorowy i modliłam się na Mszy św. u Dominikanów. Potem przez piękny, jesienny park, po szeleszczących liściach, pomknęłam z kolegą do Rynku na pizzę. Zadowolona z siebie, że nie zapomniałam jeździć, wróciłam do domu, gdzie czekała na mnie niespodzianka.

Dowiedziałam się bowiem, że Tadeusz z Anglii kupił sobie nowy komputer, a swój stary (lepszy od mojego) chce mi przysłać. W pierwszej chwili padł na mnie blady strach, bo boję się nowości i instalacji, ale On mnie przekonał. Zaczęłam dnia - 23 października - od kupna nowego programu Windowsa.

Cztery dni później - 27 października - zaskoczyła nas zima i zasypało Polskę. Na drugi dzień, w same imieniny Tadeusza - 28 października - w Anglii przyszedł na ten świat śliczny Feliks. Wszystkich Świętych coraz bliżej. Myślałam, że pojadę z Marcinem na Bielany po znicze, ale nie miał jeszcze zmienionych opon w samochodzie i przez to trochę się pokłóciliśmy. Nie spałam trzy noce, ale w przyjaźni już tak jest, że raz pod górkę, a raz z górki, o czym się niebawem przekonałam. Na szczęście Marcin nie należy do pamiętliwych osób i już dnia - 29 października - telepaliśmy się autobusem (w autku wysiadł akumulator) do supermarketu. Była to karkołomna wyprawa, a człowiek do dobrego się szybko przyzwyczaja.

Niestety - 01 listopada - pogoda w tym roku nam nie dopisała i groby odwiedziliśmy w deszczu i zimnie. Brr. Dla pocieszenia był smaczny, ciepły rodzinny obiad. Na drugi dzień odwiedził mnie Marcin z Agnieszką i odbyła się dyskusja na temat mojego wychodzenia z domu. Nie wytrzymałam napięcia i się popłakałam.

-04 listopada - zaczęły się kłopoty ze zdrowiem Mamy. Ostre zawroty głowy przeszkadzały Jej chodzić. Jakby jeszcze tego było mało, to na drugi dzień rano - 05 listopada - Mama chciała mnie posadzić na krześle, a że bolała mnie pięta, to noga mi się podwinęła w kapciu i poleciałam na podłogę. Krew, ból, pogotowie w szpitalu przy ulicy Borowskiej, gdzie pracuje Marcin. Założyli szwy, wykonali tomograf komputerowy, a że nie było wstrząsu mózgu to wypisali mnie do domu, a dnia - 07 listopada - lekarka z przychodni zleciła Mamie badania. W tej zupełnie nowej dla mnie sytuacji zaczęłyśmy się z Mamą starać o opiekunkę z "Mopsu? na dwa dni w tygodniu. Przyszła Pani, wypełniła wszystkie potrzebne formalności, a było to dnia - 08 listopada. Trzeba cierpliwie czekać i normalnie żyć z pomocą dobrych ludzi.

Po dwóch dniach - 09 listopada - coraz bliżej swoich 84 urodzin, które odbyły się hucznie - 11 listopada - przy smacznym torcie, Mama pojechała z Marcinem na ulicę Borowską, gdzie w szpitalu zrobili Jej przepływy żył i wykluczyli miażdżycę. Dostała odpowiednie lekarstwa na zawroty głowy.

Za oknem szaro, zimno i mglisto. Nie lubię tego czasu, choć przed nami okres Adwentu i Świąt Bożego Narodzenia. Miasto już się stroi w bombki i choinki, a w Rynku powstanie Jarmark Bożonarodzeniowy. Trzeba powoli zacząć porządki świąteczne. 12 listopada - koleżanka Asia umyła nam okna i zawiesiłyśmy czyste firanki. W międzyczasie moja rana już się wygoiła i - 14 listopada - miałam dzień lekarski. Dzięki pomocy Janka pobrali mi krew, ściągnęli szwy z czoła i otrzymałam nowe szkła do okularów. Pani okulistka stwierdziła zaćmę w prawym oku. W domu czekała na mnie niespodzianka. Przyszedł nowy komputer z Anglii plus śliczne maskotki. Z kolei dnia - 19 listopada - pojawiła się nasza opiekunka z "MOPSU? . Niestety zakres Jej pomocy był tak ograniczony, że zrezygnowałyśmy. Lepiej te pieniądze przeznaczyć na coś innego.

Następnego dnia - 20 listopada - odbyła się moja kolejna kontrola u onkologa w Poradni Onkologicznej przy ulicy Kamieńskiego. Na szczęście nic złego się nie dzieje i mam się zgłosić za pół roku. W przerwach od lekarzy zrobiłyśmy z Mamą śliczne paczki mikołajkowe dla dzieci z oddziału, a ja - 25 listopada - świętowałam swoje imieniny. Mój pokój zamienił się w kwiaciarnię, a wśród gości znalazł się ksiądz Grzegorz z Michalic, który zawsze potrafi podtrzymać mnie na duchu. Było mi to bardzo potrzebne, gdyż dnia - 01 grudnia - kolega znalazł chwilkę czasu, aby podłączyć mi nowy komputer, a ja miałam obawy, czy sobie poradzę z jego obsługą? Niestety nic z tego nie wyszło, gdyż coś się w nim rozłączyło w czasie podróży z Anglii i najpierw trzeba było kabelki poprawić. Wiemy już, że działa, co jest najważniejsze, a dalej zobaczymy. Na domiar złego dnia - 05 grudnia - dowiedziałam się, że Waldek nie może mnie już ćwiczyć, bo sam jest chory. Szkoda - będzie trzeba kogoś szukać.

I tak oto - 06 grudnia - dobrnęłam z Mamą w pięknej, zimowej scenerii po dłuższej nieobecności na oddział do dzieci w przebraniu św. Mikołaja. Wszystkie paczki rozeszły się w błyskawicznym tempie, a ja mam nadzieję, że spełniłam chociaż jedno malutkie marzenie.
Grudzień to taki czas, kiedy myśli się o potrzebujących rodzinach Ruszyły różnorodne akcje zbierania odzieży, artykułów spożywczych i zabawek. Ładnie to się tak nazywa - "szlachetna paczka". Przepraszam bardzo, ale denerwuje mnie to, gdyż takie wielodzietne Rodziny żyją przez cały rok, a nie tylko w okresie Adwentu. Kilka razy widziałam te biedne dzieciaki na wrocławskim Rynku, gdzie pod koniec listopada powstał kolorowy Jarmark Bożonarodzeniowy. Można tam kupić wszystko, tylko trzeba mieć za co. Raz jadłam tam frytki i podeszła do mnie mała dziewuszka ze ślicznymi, ciemnymi warkoczykami i wyszeptała patrząc mi głęboko w oczy : "Mogę jedną frytkę?"
Niewiele myśląc, dałam Jej wszystkie i ze smakiem zjadła.

Zajęta różnymi sprawami rzadko spotykałam się w tym pięknym okresie z Marcinem i Agnieszką. Nie powiem, aby było mi z tym dobrze, ale cóż zrobić? Starałam się Ich o nic nie prosić, bo dnia - 08 grudnia - zarzucili mi, że wykorzystuję ludzi. Przykro mi się zrobiło, ale życie płynie dalej I tak oto - 11 grudnia - Mama wylądowała na pogotowiu z powodu ostrych zawrotów głowy. Podali Jej kroplówkę, zrobili tomograf głowy i wróciła do domu z nowym pakietem leków. W czasie Jej nieobecności zajęli się mną przyjaciele i Renia - znajoma koleżanki, która raz w tygodniu zgodziła się nam pomagać. Tego też dnia poznałam swojego nowego rehabilitanta - Pana Bartka. Natomiast - 12 grudnia - nadszedł już czas na przygotowanie dużych maskotek i czekolad dla dzieci po choinkę. Będzie radość. Nawet zrobiłam im zdjęcie. Cały czas walczymy też z nowym komputerem, który jakoś nie chce działać. Ostatnie, niestety nieudane podejście do niego było dnia - 14 grudnia - i tragicznie się skończyło, bo Mama znowu upadła i rozbiła sobie głowę o kant regału. Panika, strach, pogotowie, szwy. Na szczęście zostali ze mną znajomi i pomogli, a ze szpitala przy ul. Borowskiej przywiózł Ją Marcin.

Tym wszystkim niewesołym wydarzeniom w moim domu towarzyszy urozmaicona aura za oknem. Raz poprószy trochę śniegiem, a za chwilę jest odwilż i kapie z dachów. Na święta by się przydało trochę śnieżku i mrozu. Dnia - 15 grudnia - koleżanka Monika poleciła mi przesympatyczną pielęgniarkę - Jolę, która mi pomaga w niektórych rzeczach. I tak oto poznaję nowych, ciekawych ludzi. Jest to bardzo przyjemne, ale męczące na dłuższą metę. Coś z tym będę musiała zrobić.

Na razie dnia - 17 grudnia - odwiedziła nas niespodziewanie moja koleżanka z lat szkolnych. Mieszka teraz w Kaliszu, a przyjechała na swoje spotkanie klasowe. Przy okazji przywiozła mi parę ślicznych maskotek. Już niedługo moje mieszkanie zamieni się w sklep z zabawkami. I tak oto - 20 grudnia - ze względu na złe samopoczucie Mamy wybrałam się sama ostatni raz w tym roku na oddział neurologii dziecięcej w szpitalu im. Marciniaka przy ulicy Traugutta we Wrocławiu. Tym razem "PAJACYKOWI" towarzyszyły dwie ochocze do wolontariatu koleżanki - Marta i Asia. Porobiłyśmy zdjęcia przy choince, a ja zanim dzieci zjadły obiad - poskładałam życzenia świąteczno- noworoczne całemu personelowi oddziału. Duże maskotki plus czekolady rozeszły się w tempie ekspresowym, a ja opuściłam budynek szpitala z poczuciem spełnionego obowiązku.

W dzień Wigilii - 24 grudnia - przy istnie wiosennej pogodzie za oknem, Marcin zdjął Mamie siedem szwów z głowy. Pożyczyliśmy sobie wszystkiego dobrego i można świętować. Niestety ktoś mi "podrzucił" jakiegoś wirusa i całe święta kichałam i kaszlałam, a potem niechcący przekazałam to Mamie.

Kuracja moja przebiegła dość szybko, gdyż zbliżał się Sylwester. Młodzież pojechała do Rzymu na coroczne Spotkanie Młodych, inni poumawiali się na prywatki, a najbardziej odporni wybierali na wrocławski Rynek.

Dla poprawy humoru poprosiłam koleżankę aby podcięła mi włosy, wykąpałam się i czekałam co się wydarzy. Całkiem nieoczekiwanie - 31 grudnia - znajomi zabrali mnie na takie spotkanie w kościele. Przy muzyce i różnych konkursach bawiliśmy się do pierwszej rano 2013 Roku.

Nie wiem jaki on będzie, ale kiedyś w strofach lat młodości ujęłam to tak:

"A o północy, kiedy zegar wybije dwunastą
Wszędzie wystrzelą szampany i zaczną się toasty
Stary rok przywita się z nowym
I szepnie mu do ucha - "bądź dla wszystkich dobrym".






- Kasia -


Wrocław, dn. 31 grudnia 2012 roku.